Telefoniczny blok Moniki G. (część II)
Link 11.12.2009 :: 00:22 Komentuj (8)
1. Monika już od jakiegoś czasu dzwoni w sprawie gladioli.
W zasadzie to nie wiadomo po co. Przecież sprawa gladioli już jest od dawna rozwiązana.
Zadzwoniła na komórkę. Był straszny ścisk w autobusie, jak zwykle pierwszego sierpnia. Mówię jej, że właśnie jadę na Powązki. A ona, że wie, i że może na Powązkach będzie jej przyjaciółka Lilka, która była łączniczką w powstaniu. Miała przyjechać z Nowego Jorku na rocznicę. – Symbolicznego kwiatka ode mnie, proszę bardzo Joasiu, złożyć ode mnie na grobach powstańców.
Za parę dni wysłałam jej zdjęcie – „ja składająca kwiaty od niej, od Moniki”.
No więc Monika od jakiegoś już czasu dzwoni w sprawie gladioli. – Ja tak nie mogę, ja winna jestem coś pani za te kwiaty.
Niech jej będzie. Historię. Historię za kwiaty.
2. Czy mówiłam pani o profesorze Prugarze? Nie? Na pewno nie? Otóż proszę sobie wyobrazić, że w moim liceum pewnego razu nastał nowy polonista, profesor Prugar. Taki trochę ciamajda. Nie dawał sobie rady z wianuszkiem dziewcząt naokoło niego. Dziewczyny się z niego śmiały. Ale raz, akurat wtedy, gdy omawiałyśmy Mickiewicza (wiadomo, Mickiewicz, ja uwielbiałam), opowiedział nam kilka dowcipów szydzących z systemu. W naszej klasie byłam wtedy przewodniczącą. Tylko na pół roku. I całe szczęście – proszę mi wierzyć – ja się do tej roli nie nadawałam, oj nie! Lepsze ode mnie były dziewczyny – na przykład Mirka Łojewska. Ona po prostu wstawała na krzesło i krzyczała na całą klasę: „do cholery, cicho bądźcie dziewczyny!!!”. Była też jeszcze jedna dziewczyna, partyjna. A ja nigdy, przenigdy nie zapisałbym się do partii. Ah, jakie to były straszne czasy! I ta partyjna zgłosiła dyrekcji, że profesor Prugar opowiada antysystemowe dowcipy. Że jest wrogiem narodu. A nasza dyrektorka – to była niezwykła osobowość: wszystkie ją szanowałyśmy, gdy dyrektorka pojawiała się na korytarzu, my skłaniałyśmy się w je stronę nawet jak stałyśmy na drugim końcu korytarza. I raz, jako że byłam przewodniczącą klasy, zostałam wezwana do dyrektorki. Na korytarzu stały trzy osoby: dyrektorka, mężczyzna, który przedstawił się, że jest z kuratorium i mężczyzna, który powiedział, że jest ze służb bezpieczeństwa państwa. W sprawie naszego polonisty.
Zmartwiałam.
Ale coś mi dodało siły. Ja miałam trening. Po getcie miałam trening. Ja od zawsze walczyłam ze strachem. Czy mówiłam pani o mojej żółtej sukience? Nie? Niemożliwe? Na pewno nie? Miałam może osiem lat. Było ciepło. Miałam taką letnią żółtą sukienkę. Był nakaz: wszyscy muszą założyć opaski z żółtą łatą w kształcie gwiazdy Dawida. Niemcy nas tak chcieli upokorzyć. Ja wiedziałam, że chcieli nas tak upokorzyć, bo mama mi wszystko wyjaśniła. Więc ja walczyłam z Niemcami na swój sposób. Nie założyłam przepaski. Zakładałam żółtą sukienkę. Ale – tego byłoby za mało! W tej sukience chodziłam wzdłuż drutów, gdzie co parę metrów była taka budka – die Wache – biało-czarno-czerwona budka ze strażnikiem w środku. Nie, nikt mi nie zwrócił uwagi.
Ja po prostu czułam, że jestem silniejsza od nich.
I wtedy, gdy zobaczyłam tych partyjnych – przecież i ten z kuratorium musiał być partyjny - to pamiętałam o żółtej sukience. Nie, nie pamiętam czy to było na korytarzu, czy w gabinecie dyrektorki. Ile zadawali pytań? Nie pamiętam, pewnie kilka. Ale ja byłam mocna. I to jedno bardzo dobrze pamiętam: gdy mnie zapytali, czy profesor Prugar opowiada dowcipy antypaństwowe, odpowiedziałam, że nigdy coś takiego nie miało miejsca.
3. Ah Boże! Ale ten profesor zniknął bardzo szybko! Jakie to było straszne. Ja go szukałam przez Czerwony Krzyż. Jeszcze w latach sześćdziesiątych. Nigdy niczego się o jego losie nie dowiedziałam. I do tej pory mam w jednej teczce listy z naszej klasy. Bo u nas funkcjonowała klasowa poczta oczywiście. I na jednym takim karteluszku moja koleżanka napisała: „i po co ty go broniłaś, przecież Prugar był strasznym nudziarzem”. To napisała moja koleżanka, do tego chrześcijanka. Ja nie rozumiem do tej pory, jak mogła tak napisać. Przecież miałyśmy te same wartości: bronić słabszego. Na tych samych wartościach się wychowałyśmy. Dlaczego ona tak napisała?
Nie, nikt mi tam nie miał za złe, że jestem Żydówką. Przeciwnie – w liceum była wspaniała atmosfera. W gimnazjum było inaczej – może dlatego, że tuż po wojnie poszłam do gimnazjum i byłam jedyną Żydówką. A w liceum, był rok 1950, i tam była już jedna uczennica Żydówka. Może ona przetarła dla mnie szlaki. Ale tak naprawdę nie wiem. Nie wiem, jak to się dzieje, że w tym samym mieście w różnych szkołach był tak różny stosunek do uczennic żydowskich. Bardzo lubiłam moje liceum. To było siódme żeńskie liceum humanistyczne w Łodzi w alejach Kościuszki, z Żeromskiego skręcałam w ulicę Andrzeja, a potem w prawo.
Ciągle mam ten jej liścik....przecież on był strasznym nudziarzem....
Ludzie w tamtych czasach znikali. Ja wiem, ja pracowałam przez jakiś czas w zarządzie Polskiego Czerwonego Krzyża. Czytałam listy. I było wiele takich, pisanych od żon, matek: przyszli w nocy, zabrali go tak, jak stał, błagam, ciepły płaszcz bym mu przysłała, chociaż sweter. I te listy zostawały bez odpowiedzi... Kiedyś szłam Marszałkowską. W jednej z tych poprzecznych uliczek był bar. Przed barem stała limuzyna. I nagle widzę, że z kamienicy dwóch mężczyzn idzie. Trzymają pod obie pachy trzeciego mężczyznę. Czy to był pijany dygnitarz? Nie. Ten człowiek się szamotał. Przyszli go zaaresztować. I ja to widziałam, jak człowieka wyciągniętego z domu na siłę wsadzają do tej limuzyny. Odjechali. A ja zostałam na ulicy sama, zatrwożona i oniemiała, i bezsilna.
4. Potem był maj i matura. Ja zdawałam z francuskiego. Była już północ. No tak, północ, komisji widać praca się bardzo przedłużyła. Była burza i ja pomyślałam, że nic z tego dobrego nie będzie. A mój nauczyciel pokładał we mnie wielkie nadzieje. No, ja nie byłam najlepszą osobą do pokładania we mnie nadziei. Ale zdawałam ustny egzamin z francuskiego. Północ, burza, jestem zmęczona, nauczyciel zadaje pytanie po francusku.
A ja nic.
On zdaje pytania pomocnicze, nie może uwierzyć, że ja stoję jak cielę, nic nie odpowiadam, nie mogę z siebie wydusić słowa. Patrzy na mnie przerażony i komisja patrzy zadziwiona. Nic nie byłam w stanie odpowiedzieć. Wyszłam. I proszę sobie wyobrazić, że zdałam. Z wynikiem dobrym. Na czwórkę. Choć ani słowa nie powiedziałam. I ja myślę, że to przez Prugara. Że nie pisnęłam o nim ani słowa o dowcipach. Że zachowałam się godnie.
*
Zdjęcia zostały wykonane podczas obchodów rocznicy wybuchu powstania warszawskiego w 2008 i 2009 roku. Monika dzwoni w sprawie gladioli z 2008 roku. Miała wysłać pocztówkę z Izraela w ramach zapłaty za kwiaty (uważa, że jest mi winna dług i że zachowuje się niehonorowo, nie odpłącając mi za kwiaty), ale nie ma siły pójść na pocztę, a z pisaniem czegoś na pocztówce jeszcze gorzej. - Nie mogę, nie mogę nic z siebie wydusić- ciągle powtarza. Pozostaje Monice kontakt telefoniczny. To przez telefon ona w końcu z siebie "wydusza".
Kolory
Link 02.11.2009 :: 00:00 Komentuj (2)









Ludzie depczą sobie po piętach i oglądają tych, co zasłużeni. Szukam Prusa zaciekle.
Idziemy, zimno nam, mówię, że zimno jak w Nowym Jorku, jak Mironek opisuje w "Aaameryce":
[opisywał głównie sklepy i kina porno - maniakalnie kupował świerszczyki i cieszył się, że zakonnice, u których mieszka, nie sprzątają u niego w pokoju, bo inaczej odkryłyby pisemka schowane pod kocem;obserwował też"latających" (uprawiających jogging) po parku na Manhatanie; narzekał na brak publicznych "siusialni" i jak ciężko było opanować, gdzie jest downtown; raz też odważył się i skorzystał z "salonu ulgi" w gejowskim kinie, o czym pisał zresztą z zadziwiającym brakiem refleksji "porno takie, porno siakie i salon ulgi był"].
Aż tu bach, Miron pod samymi nogami nam spadł jak z nieba.
[Odczepić się, 27 VI 1975]
Od starego zamieszkania
od Marszałkowskiej
od co było do zawału
od siebie
od tchu
Pomału pomału
chce czy nie chce
się
spadnie
Florystka
Link 01.09.2009 :: 22:23 Komentuj (0)
Wczoraj wreszcie, w końcu, należało utrwalić kwiaty na tzw. patelni warszawskiej, którą ja osobiście nazywam niecką metro centrum. O patelni dowiedziałam się będąc kiedyś w Sosnowcu. Wychodzi się tam z dworca kolejowego na patelnię, nad którą stoi pomnik Kiepury. W zasadzie to była to kiedyś patelnia i jak mawia Poeta z Sosnowca "był to jakby park, gdzie na ławkach leżeli pijacy". Potem przez przypadek oglądałam czyjś blog warszawski i jego autor pisał o tym, jak fotografował stragany z rajtuzami na patelni koło metra.
Pół Warszawy się tu mija, spotyka, spieszy na pociąg, biegnie do metra, umawia się i czeka, gra na krześle i bębnach, wywija płomiennymi linami, zimą sprzedaje rękawiczki, majtki i rajtuzy. No a latem - latem - sprzedaje kwiaty. I wśród tego molochu kwiaciarka z torbami brezentowymi owijająca róże liśćmi dębu.
W skupieniu owija nicią łodyżki. Całymi dniami.
Matala
Link 20.07.2009 :: 10:49 Komentuj (0)
obiecuję tekst niedługo, ale w upale nie da się myśleć
Paweł&Inesa
Link 11.07.2009 :: 18:19 Komentuj (1)
Inesę znam od pięciu lat. Zobaczyłam ją w poniedziałek, około godziny 15, na początku października 2004 roku na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, w sali 27. Zobaczyłam jej szczupłe plecy w czarnym golfie i długie rzęsy, gdy odwracała głowę. Siedziała na początku. Ja na końcu. W środę rzuciłam na nią urok i odtąd trwa nasza przyjaźń.
Pawła znam od jakichś dwóch lat. Pewnego razu Inesa miała zbolałe serce, a on właśnie przechodził obok. Zobaczył ją i pomyślał: "o! jaka piękna kobieta! Zajmę się nią. Taka istota nie może być przecież nieszczęśliwa. Niedoczekanie!" Inesa powiedziała mi, że Paweł zajmuje się dźwiękiem i ma specjalny magnetofon szpulowy do słuchania muzyki (bo wtedy jest najlepsza jakość). Aha - powiedziałam. To świetnie. Inesa wtedy zapomniała dodać, że Paweł ma dobre oczy.
Dziś wzięli ślub.
Mazal tov moi kochani!
Kapliczki
Link 05.07.2009 :: 13:36 Komentuj (4)
Powiedziała mu tylko, że nie musi trzymać parasola tak wysoko. A on uznał, że to dobry moment, by ją pocałować. Pasjami chodził po deszczu, a jak lało mocniej, to wstępowali do kościoła. Musiała mu wszystko tłumaczyć: że śpiew zakonnic, bo to przy klasztorze, że koraliki naokoło Matki Boskiej to wota dziękczynne, że na witrażach są inskrypcje łacińskie o Błogosławionych. Czasami zadawał pytania, na które nie potrafiła odpowiedzieć. Na przykład, w którym kościele są msze po łacinie. Albo jaki jest rozkład modlitw u zakonników. Albo co to są ogłoszenia parafialne. I tak dalej.
Na Krupówkach zaciągnął ją na mszę w piątek. Grała tam co jakiś czas grupa młodzieży. Śpiewali o Bogu. Ubrani elegancko, część dziewczynek w ubraniach z precesji Bożego Ciała. On co jakiś czas podrygiwał, patrzył wprost na księdza, jak ten wznosi hostię do góry.
A ona myślała tylko o tym, że zaraz zza ołtarza wyjdzie do niej Groźny Hebrajski Bóg i pokiwa palcem do niej, do nikogo innego, DO NIEJ i pokiwa palcem i powie: no, no! strzeż się!
Umęczony Jezus przeważnie nie zwraca na nią uwagi. Ale Jego Ojciec, znaczy się Groźny Hebrajski Bóg – o ciągle patrzy na nią i bliski jest tego „no, no! strzeż się!”. Bo przed Ojcem, zwłaszcza gdy się wątpi, tym bardziej czuje się strach i respekt.
W każdym razie tamtego piątku całą mszę musieli przestać, a on był bardzo szczęśliwy i na wszystko patrzący. Po mszy grupa muzyczno-taneczna dalej grała, wszyscy wierni już wyszli. Kogo interesowała muzyka gitarowa dzieci sławiących Boga? Tylko jego, bo on ma potrzeby mistyczne. No i ją, bo była z nim, a poza tym zawsze ją cieszy, gdy ktoś sławi Pana w sposób radosny.
Pierwszego dnia (przed wydarzeniem z parasolem) w jednej z kawiarni, gdzie pili kawę z jej znajomymi (ona koniecznie oblizując łyżkę po latte) on zauważył kobietę w kolczykach. Kobieta siedziała przy stoliku ze swoim wydawcą i kimś jeszcze. Na stoliku leżały egzemplarze książki: o warszawskich kapliczkach. Więc on przysiadł się do kobiety w kolczykach i po dłuższej rozmowie dostał egzemplarz za darmo. A w środku: zdjęcia kapliczek i opisy do nich. Pod jedną z Maryjek napis "Jahwe". Ale przekreślony. Zastanawiał się, co to znaczy. Czy to znaczy, że ktoś neguje Boga? Albo, że zaznacza w ten sposób, że imienia Boga się nie wymawia? „Muszę się tam przejść i sam zobaczyć tę kapliczkę” – oznajmił.
A ona – no cóż, nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Jedna tylko myśl świtała jej po głowie. Miłosz i Leonor Fini, i litewskie przysłowie. Tylko jak wytłumaczyć, że kiedyś była Litwa i Miłosz i przysłowia i to wytłumaczyć jemu – który nawet jak czyta hebrajską poezję w barze u Wietnamczyków, to wygląda jak prawdziwy cadyk?
Wiele dni później więc [gdy już wrócili z Krupówek i gdzie wszędzie towarzyszyła im góra z krzyżem, a w pokoju odnajmowanym u jednej gospodyni wisiały: Przemiany Matki Boskiej Częstochowskiej, portret Matki Boskiej z dzieciątkiem, a via-a-vis Przemian opalizujący na różne kolory zegar, a na zegarze Jezus na krzyżu, pod krzyżem modlące się kobiety, a do łona Jezusa – doczepione wskazówki dyktujące godzinę] oznajmiła mu, że Miłosz napisał wiersz o Leonor Fini. Leonor była artystką, jej mężem był Kot Jeleński. Miłosz pilnował im podczas wakacji kotów. Uczył ich moresu, był dla nich okrutny. W sypialni Leonor i Kota rosło drzewo figowca {Wasze łoże było przybytkiem szeptów i tajemnic}. Gdy Kot stracił przytomność, przerażona Leonor zadzwoniła do Miłosza w środku nocy, do Berkeley.
Byłaś starsza od niego o czternaście lat.
Choć kiedy go pożarłaś każda kobieta mogła ci pozazdrościć,
bo był naprawdę pięknym mężczyzną,
o nieco chłopięcej urodzie.
Przyjaciele nie lubili tego związku.
Nie wiem, czy macie po włosku takie powiedzenie:
ty z piczki nie rób kapliczki.
Wszystko mu powiedziała i przytoczyła, i wyjaśniła. Było to przy serniku i zielonej herbacie, i on zacukał się już zupełnie i jedyne, co mógł powiedzieć, to to, że Polska to dziwny kraj.
Paparazzi
Link 19.05.2009 :: 23:23 Komentuj (3)
Cicho sza! teraz mówię ja.
Siedziałam na Chmielnej na ławce, jak lumpy. Żółty rower, zielony parasol. Aż tu podjeżdża białe Porsche z charakterystycznym warkotem. Prowadziła kobieta, na oko przefarbowana na żółto blondynka. Obok siedział mężczyzna. Pierwsze, co mnie zdziwiło, to że jest taka zamiana, bo jakoś przywykłam, że mężczyzna prowadzi. Ale w zasadzie, głupie to dziwienie się.
Jak już zaparkowała, to mężczyzna usiłował wyjść. Ubrany był w białą koszulę w niebieskie paski, włosy czarne, nażelowane, dżinsy raczej. Drzwi odemknął ostrożnie i się wygramolił. W końcu Porsche ma niskie zawieszenie i bardzo śmiesznie wygląda człowiek, jak się z niego wygramola. Za nim wysiadła kobieta, jak się okazało, pasażerka na tylnym siedzeniu. Raczej w wieku średnim, balejaż. No a na koniec wysiadła kobieta o żółtym blondzie. Postury drobnej, niewysoka. W zasadzie, to miała takie włosiny, nie porządne włosy. "Od farbowania takie słabe", pomyślałam sobie. Twarzy widać nie było, bo zasłaniały ją wielkie okulary.
Drugą rzeczą, jaka mnie zdziwiła, to fakt że znad przeciwka nadchodził, ale ciągle utrzymywał dystans, fotograf. Pomyślałam, że jakiś reporter z gazety i że robi reporterskie zdjęcia. Na przykład mnie z żółtym rowerem pod zielonym parasolem na ławce. Albo dziadka, który przechodził obok i zapatrzył się na białe Porsche. Uchwycić życie ulicy, to jest marzenie! Jednak usłyszałam dźwięk aparatu - poszła seria. A jak seria i to z daleka, to się na kogoś poluje. Zaraz na horyzoncie pojawił się drugi fotograf i też robił zdjęcia, serią. Towarzystwo od Porsche ruszyło w kierunku domów towarowych centrum. Kobieta o włosinach okazała się być totalnym liliputem, jeśli nie założyłaby czerwonych butów na bardzo wysokim obcasie, prawie koturnie. Do tego nie miała spodni, ani spódnicy, gołe nogi, brązowe i jakby biały płaszczyk wiosenny, ale za krótki jak na płaszczyk, bardziej jakby przykrótka podomka ale nie-podomka.
A ci dwaj, na nią, serie z aparatów.
Przenoszę wzrok na dziadka. Ten oniemiały, przypatrywał się wnętrzu Porsche, aż w końcu ja spojrzałam się na rejestrację uważniej.
I doszło do mnie.
Doda.
A!!!*
*Cytat pochodzi z Sonetów Krymskich Adama Mickiewicza. Zdjęcie Porsche jest z komórki, dlatego taka nieestetyczna jakość.
Madagaskar
Link 24.04.2009 :: 22:52 Komentuj (3)
Spotkałam Rebeccę w niedzielę. Modliła się przy pomniku bohaterów z powstania w getcie warszawskim. Potem wracałyśmy od Umschlagplatz przez Nalewki. Przy każdym czarnym kamieniu upamiętniającym Żydów kładła kamyczek. Na przemian modliła się, albo śpiewała. Śpiewała po angielsku, modliła się po hebrajsku. Kamyczki zbierała po trawnikach. W sandałach na obcasie. W końcu przy pomniku bohaterów podeszła do mnie. Jak dojść do Jana Pawła street?
Po co tam? – pytam. Lepiej Andersa, pójdę z tobą, i tak idę do metra. Rozmawiałyśmy o Edelmanie. Mówię Rebece, że Hanna Krall napisała słynną książkę o Edelmanie i że wszyscy ją czytają w liceum. Ona się pyta, czy my go postrzegamy jako bohatera, czy on ma medale, ordery; czy jest uważany za weterana wojennego. Mówię, że tak. Ale że nie wiem, czy on sam siebie za takiego ma. Mówię, że widziałam go raz na wykładzie na uniwersytecie. I że był znużony i zirytowany, że musiał z nami siedzieć. I że teraz tak naprawdę pierwszy raz go widziałam z tak bliska. Rebecca je orzeszki pistacjowe i mnie nimi częstuje. Rebecca jest z Nowego Jorku, pytam ją więc o miejsce po wieżach. Oh, to okropne. Olbrzymia dziura! Przez biurokrację nie można tam ruszyć z budową. Dużo ludzi, którzy tam mieszkali, boi się tam chodzić. Ciągle unosi się tam niezdrowy pył po azbeście i to powoduje bóle głowy. Ci, którzy mieszkają w pobliżu, mają problemy zdrowotne. Co roku urządzają tam ceremonie upamiętniające ofiary. Ma być tam park i miejsce pamięci.
Pytam ją o Warszawę. Rebecca jest podekscytowana. Trochę jej przypomina ona Nowy Jork, ale Warszawa jest zdecydowanie bardziej eklektyczna, tyle stylów architektonicznych. Jak to możliwe, zastanawia się, całe miasto zburzone. Straszne. Widziałam fotografie Warszawy z lotu ptaka. Nic, nic, nic, gruzy i tylko jeden ocalały kościół. Jak wiele takich dziur po wieżach.
Rebecca zastanawia się nad gettem. Przecież było tak duże. Większość miasta zajmowało. Jak to było mieszkać w mieście z murem w środku? Przecież ci, którzy mieszkali w domach obok muru z wyższych pięter mogli widzieć, co się dzieje w getcie. Mogli - mówię. I że patrzyli na nie bezradnie. Mówię Rebece, że amerykańska badaczka Marianne Hirsch opisuje w swoich pracach tzw. bystanders, czyli ludzi, którzy obserwowali wszystko z zewnątrz. Ale (on the other hand) było też wielu takich, którzy uratowali Żydów.
- Choć to było bardzo niebezpieczne - dopytuje Rebecca, za to była kara śmierci, tak? (death penalty). - Tak. No właśnie, ale z drugiej strony (but on the other hand) - dodaje Rebecca - byli też tacy, którzy wyłapywali Żydów uciekających z getta, szmalcownicy.
- Tak - potwierdzam - Niestety tacy też byli.
- Czy o nich też się mówi w Polsce?
- Mówi się - mówię. W Polsce się ciągle coś mówi o Żydach i Polakach.
Kilka razy żegnałyśmy się i podawałyśmy sobie ręce. Rebecca jak jadła te orzeszki, to się strasznie zakrztusiła {stań spokojnie, oddychaj, czy masz wodę?} Potem, kiedy przechodziłyśmy kolejną granicę getta Rebecca dostała z tego wszystkiego nawet czkawki. Nie przeszkadzało jej to jednak dalej pytać, albo mówić. Że dostała tu grant badawczy {badania nad teatrem żydowskim}, że wreszcie ma szansę zobaczyć Warszawę {o, to tutaj wysadzili tę synagogę?!}, że to niezwykłe spotkać kogoś naprawdę z Warszawy {w Nowym Jorku tak samo, więcej ludzi z prowincji niż nowojorczyków, na święta miasto pustoszeje}. Przy bystanderach robiła duże balony z gumy do żucia. W końcu doszłyśmy na Twardą i Rebecca zaprosiła mnie na swój recital. Pożegnałyśmy się. {No i gdzie tu teraz mogę zjeść lunch, w rozsądnej cenie?} Aha. I znowu idziemy razem, do ulicy Próżnej. Wiesz, mówi Rebecca, jest taki kawał: czym różni się Żyd od nie-Żyda. Nie-Żyd mówi do widzenia i odchodzi, podczas gdy Żyd mówi do widzenia i nigdy nie odchodzi. Żydzi żegnają się z dobrą godzinę. A taki protestant na przykład {we call them ‘wasps’} to jest zimny w obyciu, mówi goodbye i natychmiast wychodzi.
- A u Polaków jak jest? - pyta.
- Chyba tak jak i u Żydów. Serdecznie.
Rebecca zahacza stopą o wystający chodnik i mało się nie przewraca {These terrible Polish pavements!}. Jest mi bardzo przykro z powodu chodnika. {I’ll be fine, I’ll be fine}. Za chwilę Rebecca staje oniemiała, bo na starych kamienicach wiszą zdjęcia z wystawy „I ciągle widzę ich twarze”, polskich Żydów. A tę wystawę Rebecca widziała u siebie, w New York. Niesamowite.
Na swoim recitalu w teatrze żydowskim Rebecca zaśpiewała kilka utworów kabaretowych z czasów międzywojennych. Śpiewała pięknie, głównie po angielsku, ale też po francusku, niemiecku, hebrajsku, jidysz. Rzecz działa się w Paryżu, Berlinie, Warszawie i Tel Awiwie. W Paryżu było sexy, w Berlinie intelektualnie i z rozpaczą (utwór Kurta Weilla, po tym jak uciekł z Niemiec w 1933), w Warszawie jakoś biednie, szaro i jidyszowo, ale z miłością (tzw. keynkunst) – matka daje córce sznur pereł na spotkanie z ukochanym; matka nie śpi po nocach, denerwuje się o córkę, sama wspomina, jak zakładała ten sznur pereł dla swojego ukochanego. Dalej Palestyna. Można tu spotkać niebezpieczne i piękne kobiety z miasta kabały Sefad. Pionierzy po ciężkim dniu pracy w kibucach marzą o tango w klubie w Tel Awiwie. Zaśpiewała też Rebecca piosenkę o Madagaskarze. Że w Warszawie w 1937 wreszcie rząd wie jak rozwiązać sprawę żydowską i wszyscy antysemici się cieszą. Wysłać Żydów na Madagaskar!
I zastanowiło mnie, czemu, Boże, zawsze tak najgłośniej o polskim antysemityzmie. Madagaskar nie był wynalazkiem rdzennie polskim.* Już wcześniej pomysły takie forsowali Anglicy (np. Lord Moyne, przedstawiciel brytyjski na Palestynę, zamordowany w zamachu przez Lehi, izraelską bojówkę niepodległościową). Albo premier Joseph Chamberlain, który zaproponował syjonistom w 1903 roku, że rząd brytyjski udostępni im do życia kawałek Ugandy. Że już nie wspomnę o konferencji Wannsee, kiedy to najwięksi specjaliści niemieccy od sprawy żydowskiej, zastanawiali się nad ‘ostatecznym rozwiązaniem’ i doszli do wniosku, że zamiast Madagaskaru czy rozstrzeliwania na Wschodzie, jednak najskuteczniej będzie gazować. Dlaczego nas się zawsze pyta o szmalcowników i dlaczego musimy się tłumaczyć z tego, że za przechowywanie Żydów była kara śmierci. Dlaczego w CNN podali ‘polskie obozy śmierci’, a rabbi Zalman Melamed w Izraelu nawołuje, by nie jeździć do Polski, bo to kraj antysemitów, nie ma sensu tam szukać swoich korzeni, a wycieczki do Auschwitz są niestosowne, a Polacy robią pieniądze na Holokauście (ciekawe, czy rabbi Melamed wie, że za renowację Auschwitz zapłaci rząd niemiecki, bo Auschwitz się sypie kompletnie). Wszystkim na Zachodzie wszystko się miesza w tych biednych głowach, stąd zawsze jest potrzeba, by sprostować, że Polska nie kolaborowała z nazistami i ciągle trzeba podkreślać, że w Yad Vashem najwięcej drzewek posadzili Polacy (a i tak jacyś Izraelczycy przyjdą i powiedzą, że te drzewka to procent w skali globalnej i to się nie przekłada na ilość zabitych Żydów i że te getta i obozy były Polakom na rękę).
Czemu?
[„Uważa, że Żydzi jeszcze nie uporali się ze swoją polską sprawą. Z niemiecką tak, ale to było łatwiejsze. Łatwiej wybacza się zadawaną śmierć niż poniżenie. Sprawy z Polakami to pamięć o poniżeniu i odtrącone uczucie. Nic nie rodzi większej agresji i trwalszej nienawiści niż odtrącona, niepotrzebna miłość.”**]
Przypominam sobie Marka Edelmana i że był szczęśliwy jak w niedzielę młodzież zaśpiewała mu hymn Bundu w jidysz. Był słaby, i nie mógł głośno im podziękować. Był też jak zwykle zirytowany, tym razem dlatego, że wożą go wózkiem nie tam, gdzie on dokładnie chce. Bo jak się było przywódcą w powstaniu, to się lubi stawiać na swoim. „Tu się zatrzymaj, tam nie, nie ma sensu!”. Wszyscy czekali, że coś powie. Że przemówi. Że będą wielkie słowa. A on chyba cieszył się, że było słonecznie i że tylu ludzi przyszło. Po prostu był.
*W 1937 roku do Madagaskaru pojechał wysłannik rządowej komisji major Mieczysław Lepacki na wizję lokalną. Madagaskar drogą cesji od Francji miał się stać polską kolonią zamorską. Hasło „Żydzi na Madagaskar” było hasłem skrajnej polskiej prawicy. Samych mieszkańców Madagaskaru nikt nie pytał czy chcą być kolonią polską, nikt ich też nie pytał, gdy zdobywali ją Anglicy, a potem Francuzi. Nikt ich też nie pytał o zdanie w sprawie osadnictwa żydowskiego. Nikt ich w ogóle o nic nie pytał, czy chcą być kolonizowani i czy życzą sobie wszystkich tych przybyszów z Europy, nawet tych od mezuz w chatkach. Raz tylko mieszkańcy Madagaskaru byli zadowoleni z wizyty jakiegoś białego. Obwołali go nawet królem. Był to Maurycy Beniowski. Którego rząd francuski wysłał tam z misją kolonizacyjną.
** H. Krall, Hipnoza, Warszawa 1989, s. 52.
Łódzkie Madonny
Link 12.04.2009 :: 23:03 Komentuj (4)
Trzeciego kwietnia w Łodzi był pierwszy dzień wiosny. Słońce grzało niemiłosiernie. Oślepiało wszystkich i wszystko. W godzinach popołudniowych kładło swoje cienie na ulice poprzeczne miasta (Tuwima, Więckowskiego, Rewolucji, Pomorską) oślepiając liszaje na murach kamienic. Ulicami sunęły tłumy stylowo ubranych ludzi – z pracy, do restauracji, na kawę. Wszyscy oni byli bardzo podochoceni. Dużo było też takich, co stali na przystankach autobusowych albo tramwajowych. Masy ludzkie przemieszczały się w ten gorąc. Ich płaszcze opatulały ich bezużytecznie. W oczach mieli zmęczenie. Silniki autobusów były bardzo rozgrzane i wydalały z siebie podmuchy ciepłego powietrza na wąskie chodniki. Na chodnikach tych, jak wspomniano, stało dużo ludzi. Ruch odbywał się w regularnych kratownicowych kierunkach – równolegle lub poprzecznie. Ci, co przemieszczali się równolegle, byli w cieniu, ci – co poprzecznie – mrużyli oczy od słońca.
W późnych godzinach popołudniowych z kamienic zaczęły wyłazić inne masy, nie ubrane stylowo, za to też podochocone. W oczach miały niezdrowy zapał i czuły się komfortowo w swoim towarzystwie. Ich twarze były poobijane i opuchnięte, odór kwaśny, a usta oczekujące na dawkę wódki.
Miasto toczyło się przez siebie. Przewalało się przez siebie. Zwaliste, korpulentne kamienicami, hałaśliwe w tramwaje, brzemienne w sex-shopy, nieprzyzwoicie łyse po zimie obnażało brzydotę odartych ścian. Miasto wulkan. A w jego środku – magma cegieł i ludzi. Lawa ludzka. Miasto - nienażarte. Lawa - głodna.
Im dalej w późne popołudnie, tym bardziej główne ulice centrum zaludniały się, a nie główne ulice centrum wyludniały się. W tych wyludnionych ludzie już się nie spieszyli, bo nie mieli potrzeby się przemieszczać – byli u siebie. Szli więc spokojnym krokiem na spacery. W oknach uprzednio powystawiali pierzyny.
Jedną z takich ulic szły matki łódzkie. Młode i drobne. Dosyć tandeciarskie. A może dosyć seksowne. Jednej wystawały ze spodni czarne stringi. Druga była w dżinsie. Przystawały co chwilę w słonecznej ulicy. Rozmawiały. Przy jednej był mężczyzna, chwilę szli razem. Spoglądał na dziecko, które matka w stroju dżinsowym obejmowała w ramionach. Pożegnał się. Zniknął w bramie. Matka od stringów szła nie oglądając się za siebie. Matka w dżinsie przystanęła i przelewała herbatę do butelki dziecka. Obok nich przeszła para z baziami.
Jedną z takich ulic szedł ojciec łódzki z córką. Ubrani byli bardzo elegancko, a ojciec miał zawieszony na szyi aparat. Córka chybotała się na wszystkie strony. Jej ruchy były nieskoordynowane, kolorowy stroik na przemian ją męczył i bawił. Gdyby ojciec nie trzymał jej za rękę, już dawno by się przewróciła.
***
Nikt nie zwraca uwagi na Łódzkie Madonny.
A one tak gorliwie i czule trzymają za rękę/trzymają w ramionach/i bronią przed mackami przewalającego się miasta.
Silesia/Silentium/Sacer
Link 24.03.2009 :: 23:53 Komentuj (5)
Tramwaje. Święty Jan. Linie. Drzewa.
Fioletowy dom.
Piątek. Ludzie/do kościoła/gorzkie żale.
Post.
Stopy. Bezradnie stulone. Obejmij je.
/Klękanie/Żegnanie się/Modlenie się/
Ucałuj ranę.
Kobiety/pomarańczowe skafandry/rejestrują/czy za wszystkie/samochody/zapłacono.
Zimno. Lodowatymi dłońmi wypisują kwitki.
Pies – cierpliwie czeka przed sklepem.
Ornamenty. Cegły. Kolory.
Cicho jest.
Drzwi – zamurowane.
Mariacka – ulica prostytutek. Stoją tu nocami.
*
Sacer oznacza 'święty', ale też 'przeklęty' (tak objaśnia Festus)
Silesia święta.
Silesia przeklęta.
Kościół, kopalnia.
Od nieba do piekła.
*
Węgiel jest aksamitnie czarny. A stopy Pana - śnieżnobiałe.
































































