mypeople at ownlog '06

Buciki


Link 16.08.2011 :: 23:01 Komentuj (1)


Kupiła sobie eleganckie, czarne, aksamitne buciki.
Z kokardką na czubku.
Buciki w środku skórzane.
Ah, jaka miła skórka, jasna, zamszowa, aksamitna.

Buciki w sam raz na szczupłe, wytworne stopy.

Ah, jak cudownie!

Szybko orientuje się, że buciki obcierają.
Krawe rany na palcach i piętach.

Zakłada je więc, jak trzeba wynieść śmieci.
Bo to tylko windą w dół pięć poziomów i 15 kroków do śmietnika.


Dziadek/Guzik/Die Wache


Link 23.06.2011 :: 23:03 Komentuj (0)
Dziadek

Dziadek miał tendencję do niekończenia myśli. Zamiast kończyć wypowiedź pełnymi słowami mówił "ten-tego".
Całe życie ciężko pracował jako kierowca. Jeździł ciężarówką. Pochodził ze wsi pod Kozienicami.
Czasami, zmęczony, jak miał właśnie po drodze, przystawał w rodzinnej wsi, gdzie mieszkały jego siostry.

Raz przyjechał już w nocy. Było lato. Z otwartych okien chałupy dochodziło gromkie chrapanie. Dziadek postanowił nie budzić nikogo. Wziął koc z ciężarówki i poszedł spać na słomę, do stodoły.
Wczesnym rankiem ktoś pociągnął za koc. Dziadek zirytował się, "Wacek, no co robisz, nie zabieraj mi koca!".
Ale ktoś znów pociągnął za koc. I jeszcze raz. Dziadek w swoją stronę. W końcu otworzył oczy. I to wcale nie Wacek ciągnął, a koń z jego gospodarstwa. Wielkie chrapy końskie zionęły na dziadka.

Mówili, że dziadek był prymitywnym antysemitą. Nie raz pokazywał, mówiąc o kimś, gest przyprawiania sobie brody ("ten to Żyd"). Bo brodaci to Żydzi.

Na starość dziadek odgrodził się od świata. Odzywał się tylko do drugiej żony.
Nie poznawał wnuczki na przystanku.
Zlikwidował telefon i domofon.
Pewnego razu złamał kręgosłup i po kilku miesiącach zmarł.

"Tylko żeby trumna nie miała wyściółki z koronką".

Trumna miała wyściółkę z koronką. W pokoju świeciło różowawe światło. W rękach miał różaniec. Garnitur jakby oszroniony czymś. Buty jakby za duże. Plamy na dłoniach. Paznokcie jakby urosły.

"Strasznie wychudzony".
"Wyglądał, jakby już był w ziemi od co najmniej pół roku".
"Jaki charakter, taki potem wizerunek pośmiertny".

"Widzisz, a w sumie nie ma się czego bać. To tylko bezbronne ciało. Kawał ciała".


Guzik

Dziewczynka przez przypadek połknęła guzik. Tak się tego przestarszyła, że usiadła w kącie dużego pokoju i czekała na śmierć. Godzina mijała za godziną, a ona - ŚMIERĆ - nic. Nie przychodziła. Tym większy strach ogarnął dziewczynkę. Co będzie, jak mama wróci z pracy? Ścisnęło ją w gardle, a nawet gdzieś głębiej, niżej.

Pokój był ciemny, na parterze, okno wychodziło na podwórko. W podwórku było wiele niezwykłych miejsc, w których można było urządzać zabawy. Ale teraz podwórko było jak studnia, a dziewczynka siedziała w kącie, kąciku - tak, jakby siedziała na samym dnie podwórkowej studnii.

Jak to jest umrzeć?

Przyszła mama. "Czemu siedzisz w kącie?" No przecież jej nie powie, że czeka na śmierć, bo połknęła guzik. Starała się więc zachowywać normalnie, tak jakby wcale nie była osobą oczekującą swojej śmierci.

Nazajutrz zwierzyła się wychowawczyni w przedszkolu. "Proszę Pani, połknęłam guzik. Kiedy umrę?"
A ona, wychowaczyni, wcale się nie przejęła. Tylko wybuchła radosnym śmiechem.

Jak to jest umrzeć?


Die Wache

Zamknęli nas w getcie. Ale moja matka zawsze powtarzała, że "głowę trzymamy wysoko". Tak więc nie można było pokazać po sobie, jak bardzo jesteśmy upokorzeni.

Było lato.

Kazali nam założyć opaski na ramię, by nas lepiej oznaczyć. A ja nie założyłam. Było lato i matka ubrała mnie w żółtą sukienkę.

I proszę sobie wyobrazić - ja, 12-letnia dziewczynka, biegam wzdłuż drutu kolczastego. Co jakiś czas są bramy ze strażnikami (Die Wache, z niemieckiego, zna pani?). Stoją strażnicy. A ja dokonuję buntu. Biegam w żółtej sukience, bez opaski na ramieniu, przez strażnikami z Die Wache!!!

I udało się. Nikt mi nic nie zrobił.
Przeżyłam.

Habibi


Link 02.06.2011 :: 00:33 Komentuj (4)


Będąc młodą rozwódką, będę dobrze zarabiać.
Nie dam się wykorzystać.
Będę dzielna i zaradna.

Moje zalety zostaną szybko docenione.
Będę kupować sobie garnitury damskie od YSL.
Będzie mnie stać na duży flakon Angela.
I na drogie szpilki, co stóp nie obcierają.

Będę chodzić co wieczór na masaż leczniczy.
Będę wstawać o 5 rano i robić ćwiczenia na oddychanie.
Będę pracować wydajnie, dużo i długo, ale będzie to opłacalne.

Będąc młodą rozwódką, będę dobrze zarabiać.
Będę jeździć do Maroko i wynajmować sobie habibi na cały tydzień.

Habibi będzie ze mną cały czas, ale jak powiem "teraz odejdź", nie obrazi się.
Będzie mi codziennie dawał kwiaty.
Będzie dla mnie zbierał muszelki na plaży.
Będzie obejmował mnie i czule całował - wtedy, gdy tego zechcę.
Stare, bogate Niemki naokoło będą mi zazdrościć.
Mój habibi będzie najpiękniejszy.

Wiosna przyszła


Link 04.05.2011 :: 22:11 Komentuj (0)
Wiosna przyszła. Byłam tak zajęta od listopada 2011, że dopiero teraz zaglądam tutaj. I się zastanawiam, czy blog ma jeszcze sens, skoro facebook jest jak dziennik...






Czarny tort


Link 19.11.2010 :: 21:46 Komentuj (1)



W tym habsburskim mieście czas zatrzymał się.
Innerstadt wypełniają galerie i luksusowe butiki.
Po najeździe tureckim został im sentyment do orientalnych dywanów.
Dobry gust mieli ci Habsburgowie.
Gromadzili Bruegele i Rubensy.

Hofburg. Z głównego balkonu przemawiał zacietrzewiony człowieczek z wąsikiem.
Machał rękami i krzyczał, a im się podobało.

Ah, jak cudownie tu jest zwłaszcza wiosną, gdy kwitną różowe kasztanowce.
Ring i Renweeg, katedra Szczepana i dachówki.
Czasami są, oczywiście, dysonanse. Jak na przykład wtedy, gdy koło złotego Straussa w Stadt Park zalatuje gównem.
No też wtedy, gdy się sobie przypomni historię o poderżnięciu gardeł.
Kobiety i starzy ludzie zostali w mieście.
Siedzieli na Ringu, na ławkach i nawzajem podrzynali sobie gardła, by nie wpaść w ręce Ruskich.
Chyba jednak nie wierzyli już w człowieczka z wąsikiem.

Teraz witają Ruskich w swoich kawiarniach. Sachertorte i podwójne espresso.
No jednak jest pięknie.

Przed pociągiem opycham się czarnym ciastem i wypijam latte. Obsługuje kelnerka o demonicznych brwiach. Na zapleczu pracuje czarna kobieta. Jak się zmęczy, to wychodzi na papierosa.

Potem jeszcze kupuję u Turków pizzę with mushrooms.
Niestety migrena nasila się.
Już w ojczyźnie rzygam czarnym tortem i kawskiem, i pieczarami do zlewu.
A tata zawsze mówi, że lepiej do kibla. Można nawet przysnąć nad muszlą wygodnie.

"Niemcy - ciężcy, brutalni, z platfusem, Francuzi - mali, drobni i zdeprawowani, Rosjanie - włochaci, Włosi - bel canto. Jakaż ulga - być Polakiem i nic dziwnego, że wszyscy zazdroszczą nam i chcieliby zmieść nas z powierzchni ziemi. Jedynie Polak nie budzi w nas wstrętu" - napisał Witold.


Tits


Link 10.08.2010 :: 00:49 Komentuj (3)


Josephina K. had big breasts and was not happy about his fact. Since primary school she was not happy about it. Oh no! Breasts were definitely too big, in shape of melon or folded pigeons, swinging from one side to another, especially when she was running. In addition she was rather rounded girl. She did not think that breasts can be her trump card. They rather were disturbing and she felt about herself: "I'm ugly". One of the boys even said: "Your are so ugly".
And he died, thin, from drugs.
"In the best case - I can be a porno star in the future" - thinks Josephina K.
It was always too much. Too much of pale skin structure. Too much of tissue. When you feel "too much" you hate yourself, you are fighting with yourself. Your are imprisoned in your own body.

Fortunately there was a fashion to be a metal punk and everyone was wearing too big black T-shirts, so those terrible, unruly breasts were perfectly hidden. She thought they were.
In high school boys adored Josephina K's intellectual skills and gentleness, yet for some reason, when they were talking to her, they did not look at her face.
They were looking at tits.

When you have big breast it is not easy to buy a bra. Josephina K. always tried to buy as small size as it was possible. In addition this big back - "You must swim a lot" - said a lady selling bras. "Well, yes, I do" - confirmed Josephina K.
"Your daughter swims a lot"
"Well, yes, she swims a lot" - confirms Josephina K.'s mother.
(although she did not swim a lot)
"What?'s your size? D? E?" - were asking girl friends during girl parties. Oh! They were looking at Josephina K. greedily, envy about her melon boobs.
"No, it is only B"
"B?"
"B!"

So. Once Josephina K. went to the bra store. And there was a very professional seller, who looked at her and said: "85B is to small. And you do not have so big back. But breasts in general are big. You need 80D".
Josephina K. was putting on new breasts-tents, and none of them was 90B or 85B, but 80!
So she put on 80D. And the professional seller was looking at her patiently, asking can she get inside the fitting room, choosing new garments, tickling Josephina K.
"Eventually, I am not so big, it is only about melons" - Josephina K. thought to herself.
She tries 80D. The seller says - "It is too small, try 80E".

Josephina K. is terrified. She is buying two bras - white 80D and black 80E. She does not believe her eyes.
Eventually - she, Josephina, bought a correct size.
*
Indeed, she can be a porno star.


Synagoga Reformowana w Łodzi


Link 16.04.2010 :: 23:34 Komentuj (0)


Monika: Mój tata chodził do tej synagogi. Raz do roku, w Dzień Sądny. W cylindrze. A że miał 182 centymetry wzrostu i był bardzo przystojnym mężczyzną, to musiało wyglądać wspaniale. On w cylindrze do synagogi przy Kościuszki.

Telefoniczny blok Moniki G. (część III)


Link 08.03.2010 :: 21:35 Komentuj (0)

- Nie słyszałam od pani dawno. Co się dzieje?
- Bo ja czekałam na Pani telefon.
- Aha.
- Myślałam o Pani dużo, czekałam na telefon. Zwłaszcza teraz, gdy była rocznica śmierci Stalina.
- Wie pani, co ja zrobiłam jak Stalin zmarł? Którego to było?
- 5 marca. Wiem, co Pani zrobiła. To było na ASP.
- Nie, chyba 3.
- E, raczej 5.
- To trzeba sprawdzić. Na pewno 1953 roku.

*

Gdy Stalin zmarł, poszłam na drugie, czy trzecie piętro ASP. Tam były wtedy sekretariaty.
I śmiałam się głośno.
To nie wypada.
Nie wolno tak reagować na czyjąś śmierć.
To nie wypada.
A ja byłam szczęśliwa. SZCZĘŚLIWA!!!



Bo myślałam, że już nie doczekam końca tego strasznego systemu.
Chodziłam pełna nadziei, że to się skończy.
Ja zawsze chodzę pełna nadziei.
Choć wiem, że tak niewiele mam wpływu na to, co się dzieje - nadzieję trzeba mieć do końca.
No więc, gdy Stalin umarł, ja byłam szczęśliwa.

Zdjęcie wykonane w październiku 2007 w Jerozolimie, na ulicy Ben Jehuda


Telefoniczny blok Moniki G. (część II)


Link 11.12.2009 :: 00:22 Komentuj (8)

1. Monika już od jakiegoś czasu dzwoni w sprawie gladioli.



W zasadzie to nie wiadomo po co. Przecież sprawa gladioli już jest od dawna rozwiązana.



Zadzwoniła na komórkę. Był straszny ścisk w autobusie, jak zwykle pierwszego sierpnia. Mówię jej, że właśnie jadę na Powązki. A ona, że wie, i że może na Powązkach będzie jej przyjaciółka Lilka, która była łączniczką w powstaniu. Miała przyjechać z Nowego Jorku na rocznicę. – Symbolicznego kwiatka ode mnie, proszę bardzo Joasiu, złożyć ode mnie na grobach powstańców.



Za parę dni wysłałam jej zdjęcie – „ja składająca kwiaty od niej, od Moniki”.



No więc Monika od jakiegoś już czasu dzwoni w sprawie gladioli. – Ja tak nie mogę, ja winna jestem coś pani za te kwiaty.



Niech jej będzie. Historię. Historię za kwiaty.



2. Czy mówiłam pani o profesorze Prugarze? Nie? Na pewno nie? Otóż proszę sobie wyobrazić, że w moim liceum pewnego razu nastał nowy polonista, profesor Prugar. Taki trochę ciamajda. Nie dawał sobie rady z wianuszkiem dziewcząt naokoło niego. Dziewczyny się z niego śmiały. Ale raz, akurat wtedy, gdy omawiałyśmy Mickiewicza (wiadomo, Mickiewicz, ja uwielbiałam), opowiedział nam kilka dowcipów szydzących z systemu. W naszej klasie byłam wtedy przewodniczącą. Tylko na pół roku. I całe szczęście – proszę mi wierzyć – ja się do tej roli nie nadawałam, oj nie! Lepsze ode mnie były dziewczyny – na przykład Mirka Łojewska. Ona po prostu wstawała na krzesło i krzyczała na całą klasę: „do cholery, cicho bądźcie dziewczyny!!!”. Była też jeszcze jedna dziewczyna, partyjna. A ja nigdy, przenigdy nie zapisałbym się do partii. Ah, jakie to były straszne czasy! I ta partyjna zgłosiła dyrekcji, że profesor Prugar opowiada antysystemowe dowcipy. Że jest wrogiem narodu. A nasza dyrektorka – to była niezwykła osobowość: wszystkie ją szanowałyśmy, gdy dyrektorka pojawiała się na korytarzu, my skłaniałyśmy się w je stronę nawet jak stałyśmy na drugim końcu korytarza. I raz, jako że byłam przewodniczącą klasy, zostałam wezwana do dyrektorki. Na korytarzu stały trzy osoby: dyrektorka, mężczyzna, który przedstawił się, że jest z kuratorium i mężczyzna, który powiedział, że jest ze służb bezpieczeństwa państwa. W sprawie naszego polonisty.



Zmartwiałam.



Ale coś mi dodało siły. Ja miałam trening. Po getcie miałam trening. Ja od zawsze walczyłam ze strachem. Czy mówiłam pani o mojej żółtej sukience? Nie? Niemożliwe? Na pewno nie? Miałam może osiem lat. Było ciepło. Miałam taką letnią żółtą sukienkę. Był nakaz: wszyscy muszą założyć opaski z żółtą łatą w kształcie gwiazdy Dawida. Niemcy nas tak chcieli upokorzyć. Ja wiedziałam, że chcieli nas tak upokorzyć, bo mama mi wszystko wyjaśniła. Więc ja walczyłam z Niemcami na swój sposób. Nie założyłam przepaski. Zakładałam żółtą sukienkę. Ale – tego byłoby za mało! W tej sukience chodziłam wzdłuż drutów, gdzie co parę metrów była taka budka – die Wache – biało-czarno-czerwona budka ze strażnikiem w środku. Nie, nikt mi nie zwrócił uwagi.



Ja po prostu czułam, że jestem silniejsza od nich.



I wtedy, gdy zobaczyłam tych partyjnych – przecież i ten z kuratorium musiał być partyjny - to pamiętałam o żółtej sukience. Nie, nie pamiętam czy to było na korytarzu, czy w gabinecie dyrektorki. Ile zadawali pytań? Nie pamiętam, pewnie kilka. Ale ja byłam mocna. I to jedno bardzo dobrze pamiętam: gdy mnie zapytali, czy profesor Prugar opowiada dowcipy antypaństwowe, odpowiedziałam, że nigdy coś takiego nie miało miejsca.



3. Ah Boże! Ale ten profesor zniknął bardzo szybko! Jakie to było straszne. Ja go szukałam przez Czerwony Krzyż. Jeszcze w latach sześćdziesiątych. Nigdy niczego się o jego losie nie dowiedziałam. I do tej pory mam w jednej teczce listy z naszej klasy. Bo u nas funkcjonowała klasowa poczta oczywiście. I na jednym takim karteluszku moja koleżanka napisała: „i po co ty go broniłaś, przecież Prugar był strasznym nudziarzem”. To napisała moja koleżanka, do tego chrześcijanka. Ja nie rozumiem do tej pory, jak mogła tak napisać. Przecież miałyśmy te same wartości: bronić słabszego. Na tych samych wartościach się wychowałyśmy. Dlaczego ona tak napisała?



Nie, nikt mi tam nie miał za złe, że jestem Żydówką. Przeciwnie – w liceum była wspaniała atmosfera. W gimnazjum było inaczej – może dlatego, że tuż po wojnie poszłam do gimnazjum i byłam jedyną Żydówką. A w liceum, był rok 1950, i tam była już jedna uczennica Żydówka. Może ona przetarła dla mnie szlaki. Ale tak naprawdę nie wiem. Nie wiem, jak to się dzieje, że w tym samym mieście w różnych szkołach był tak różny stosunek do uczennic żydowskich. Bardzo lubiłam moje liceum. To było siódme żeńskie liceum humanistyczne w Łodzi w alejach Kościuszki, z Żeromskiego skręcałam w ulicę Andrzeja, a potem w prawo.



Ciągle mam ten jej liścik....przecież on był strasznym nudziarzem....



Ludzie w tamtych czasach znikali. Ja wiem, ja pracowałam przez jakiś czas w zarządzie Polskiego Czerwonego Krzyża. Czytałam listy. I było wiele takich, pisanych od żon, matek: przyszli w nocy, zabrali go tak, jak stał, błagam, ciepły płaszcz bym mu przysłała, chociaż sweter. I te listy zostawały bez odpowiedzi... Kiedyś szłam Marszałkowską. W jednej z tych poprzecznych uliczek był bar. Przed barem stała limuzyna. I nagle widzę, że z kamienicy dwóch mężczyzn idzie. Trzymają pod obie pachy trzeciego mężczyznę. Czy to był pijany dygnitarz? Nie. Ten człowiek się szamotał. Przyszli go zaaresztować. I ja to widziałam, jak człowieka wyciągniętego z domu na siłę wsadzają do tej limuzyny. Odjechali. A ja zostałam na ulicy sama, zatrwożona i oniemiała, i bezsilna.  



4. Potem był maj i matura. Ja zdawałam z francuskiego. Była już północ. No tak, północ, komisji widać praca się bardzo przedłużyła. Była burza i ja pomyślałam, że nic z tego dobrego nie będzie. A mój nauczyciel pokładał we mnie wielkie nadzieje. No, ja nie byłam najlepszą osobą do pokładania we mnie nadziei. Ale zdawałam ustny egzamin z francuskiego. Północ, burza, jestem zmęczona, nauczyciel zadaje pytanie po francusku.



A ja nic.



On zdaje pytania pomocnicze, nie może uwierzyć, że ja stoję jak cielę, nic nie odpowiadam, nie mogę z siebie wydusić słowa. Patrzy na mnie przerażony i komisja patrzy zadziwiona. Nic nie byłam w stanie odpowiedzieć. Wyszłam. I proszę sobie wyobrazić, że zdałam. Z wynikiem dobrym. Na czwórkę. Choć ani słowa nie powiedziałam. I ja myślę, że to przez Prugara. Że nie pisnęłam o nim ani słowa o dowcipach. Że zachowałam się godnie.



*


darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków


darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków


darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków


darmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazkówdarmowy hosting obrazków


Zdjęcia zostały wykonane podczas obchodów rocznicy wybuchu powstania warszawskiego w 2008 i 2009 roku. Monika dzwoni w sprawie gladioli z 2008 roku. Miała wysłać pocztówkę z Izraela w ramach zapłaty za kwiaty (uważa, że jest mi winna dług i że zachowuje się niehonorowo, nie odpłącając mi za kwiaty), ale nie ma siły pójść na pocztę, a z pisaniem czegoś na pocztówce jeszcze gorzej. - Nie mogę, nie mogę nic z siebie wydusić- ciągle powtarza. Pozostaje Monice kontakt telefoniczny. To przez telefon ona w końcu z siebie "wydusza".




Kolory


Link 02.11.2009 :: 00:00 Komentuj (2)


















Powązki, 1 listopada. Kolory są bardzo modne w tym sezonie. Czerwienie i żółcie, pomarańcze, a dla par fiolety.
Ludzie depczą sobie po piętach i oglądają tych, co zasłużeni. Szukam Prusa zaciekle.
Idziemy, zimno nam, mówię, że zimno jak w Nowym Jorku, jak Mironek opisuje w "Aaameryce":

[opisywał głównie sklepy i kina porno - maniakalnie kupował świerszczyki i cieszył się, że zakonnice, u których mieszka, nie sprzątają u niego w pokoju, bo inaczej odkryłyby pisemka schowane pod kocem;obserwował też"latających"  (uprawiających jogging) po parku na Manhatanie;
narzekał na brak publicznych "siusialni" i jak ciężko było opanować, gdzie jest downtown; raz też odważył się i skorzystał z "salonu ulgi" w gejowskim kinie, o czym pisał zresztą z zadziwiającym brakiem refleksji "porno takie, porno siakie i salon ulgi był"].

Aż tu bach, Miron pod samymi nogami nam spadł jak z nieba.


Od starego zamieszkania
od Marszałkowskiej
od co było do zawału
od siebie
od tchu

Pomału pomału
chce czy nie chce
się
spadnie
[Odczepić się, 27 VI 1975]


Załóż bloga

Archiwum

2011
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień

Kategorie

Silesia(1)
Warsaw(28)
Tel Awiw(9)
Lodz(5)
Judaica(9)
Arabica(3)
Tell me a story(6)
Varia(25)

Linki

Salgado
Tomaszewski
Saudek!
VARIETE
The best of polonistyka
Rabbi Dennis
Białoruś
Disco Snow

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl