Kapliczki
Link 05.07.2009 :: 13:36 Komentuj (4)
Powiedziała mu tylko, że nie musi trzymać parasola tak wysoko. A on uznał, że to dobry moment, by ją pocałować. Pasjami chodził po deszczu, a jak lało mocniej, to wstępowali do kościoła. Musiała mu wszystko tłumaczyć: że śpiew zakonnic, bo to przy klasztorze, że koraliki naokoło Matki Boskiej to wota dziękczynne, że na witrażach są inskrypcje łacińskie o Błogosławionych. Czasami zadawał pytania, na które nie potrafiła odpowiedzieć. Na przykład, w którym kościele są msze po łacinie. Albo jaki jest rozkład modlitw u zakonników. Albo co to są ogłoszenia parafialne. I tak dalej.
Na Krupówkach zaciągnął ją na mszę w piątek. Grała tam co jakiś czas grupa młodzieży. Śpiewali o Bogu. Ubrani elegancko, część dziewczynek w ubraniach z precesji Bożego Ciała. On co jakiś czas podrygiwał, patrzył wprost na księdza, jak ten wznosi hostię do góry.
A ona myślała tylko o tym, że zaraz zza ołtarza wyjdzie do niej Groźny Hebrajski Bóg i pokiwa palcem do niej, do nikogo innego, DO NIEJ i pokiwa palcem i powie: no, no! strzeż się!
Umęczony Jezus przeważnie nie zwraca na nią uwagi. Ale Jego Ojciec, znaczy się Groźny Hebrajski Bóg – o ciągle patrzy na nią i bliski jest tego „no, no! strzeż się!”. Bo przed Ojcem, zwłaszcza gdy się wątpi, tym bardziej czuje się strach i respekt.
W każdym razie tamtego piątku całą mszę musieli przestać, a on był bardzo szczęśliwy i na wszystko patrzący. Po mszy grupa muzyczno-taneczna dalej grała, wszyscy wierni już wyszli. Kogo interesowała muzyka gitarowa dzieci sławiących Boga? Tylko jego, bo on ma potrzeby mistyczne. No i ją, bo była z nim, a poza tym zawsze ją cieszy, gdy ktoś sławi Pana w sposób radosny.
Pierwszego dnia (przed wydarzeniem z parasolem) w jednej z kawiarni, gdzie pili kawę z jej znajomymi (ona koniecznie oblizując łyżkę po latte) on zauważył kobietę w kolczykach. Kobieta siedziała przy stoliku ze swoim wydawcą i kimś jeszcze. Na stoliku leżały egzemplarze książki: o warszawskich kapliczkach. Więc on przysiadł się do kobiety w kolczykach i po dłuższej rozmowie dostał egzemplarz za darmo. A w środku: zdjęcia kapliczek i opisy do nich. Pod jedną z Maryjek napis "Jahwe". Ale przekreślony. Zastanawiał się, co to znaczy. Czy to znaczy, że ktoś neguje Boga? Albo, że zaznacza w ten sposób, że imienia Boga się nie wymawia? „Muszę się tam przejść i sam zobaczyć tę kapliczkę” – oznajmił.
A ona – no cóż, nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Jedna tylko myśl świtała jej po głowie. Miłosz i Leonor Fini, i litewskie przysłowie. Tylko jak wytłumaczyć, że kiedyś była Litwa i Miłosz i przysłowia i to wytłumaczyć jemu – który nawet jak czyta hebrajską poezję w barze u Wietnamczyków, to wygląda jak prawdziwy cadyk?
Wiele dni później więc [gdy już wrócili z Krupówek i gdzie wszędzie towarzyszyła im góra z krzyżem, a w pokoju odnajmowanym u jednej gospodyni wisiały: Przemiany Matki Boskiej Częstochowskiej, portret Matki Boskiej z dzieciątkiem, a via-a-vis Przemian opalizujący na różne kolory zegar, a na zegarze Jezus na krzyżu, pod krzyżem modlące się kobiety, a do łona Jezusa – doczepione wskazówki dyktujące godzinę] oznajmiła mu, że Miłosz napisał wiersz o Leonor Fini. Leonor była artystką, jej mężem był Kot Jeleński. Miłosz pilnował im podczas wakacji kotów. Uczył ich moresu, był dla nich okrutny. W sypialni Leonor i Kota rosło drzewo figowca {Wasze łoże było przybytkiem szeptów i tajemnic}. Gdy Kot stracił przytomność, przerażona Leonor zadzwoniła do Miłosza w środku nocy, do Berkeley.
Byłaś starsza od niego o czternaście lat.
Choć kiedy go pożarłaś każda kobieta mogła ci pozazdrościć,
bo był naprawdę pięknym mężczyzną,
o nieco chłopięcej urodzie.
Przyjaciele nie lubili tego związku.
Nie wiem, czy macie po włosku takie powiedzenie:
ty z piczki nie rób kapliczki.
Wszystko mu powiedziała i przytoczyła, i wyjaśniła. Było to przy serniku i zielonej herbacie, i on zacukał się już zupełnie i jedyne, co mógł powiedzieć, to to, że Polska to dziwny kraj.
